Bardziej, mocniej, więcej.

Czuję się słaba. Jakbym nie miała kontroli nad własnym życiem.

Ostatnio w jednym z moich wpisów przeczytałam, że jestem z siebie zadowolona, że w ostatnich miesiącach wszystko mi się z powodzeniem udało i jest bardzo fajnie. W tym momencie mam ochotę to usunąć i napisać sprostowanie – byłam chwilowo upojona momentami powodzenia we wszechogarniającym niepowodzeniu.

Zaraz zaczynam studia, na które nie chcę iść, ale muszę. Muszę, bo inaczej stracę alimenty, czyli 70% środków mojego utrzymania. Nie dostałam się na kierunek, który sobie wymarzyłam, więc musiałam wybrać coś, na co rekrutacja jeszcze się nie zakończyła. Teraz uważam, że byłam głupia. Że nie dałam z siebie wszystkiego. Że nie postarałam się wystarczająco mocno, by zawalczyć o coś, na czym mi zależy. Żałuję. Teraz stracę cały rok na naukę czegoś, co prawie mnie nie interesuje, z czym nie wiążę swoich planów na przyszłość, nawet trochę. I to dlatego, że nie dałam z siebie wszystkiego kiedy mogłam.

Bo zawsze coś było ważniejsze. Chłopak, spacer z psem, zmęczenie, sen. Mogłam inaczej zorganizować sobie czas, postarać się bardziej, mocniej, więcej. Dlaczego tego nie zrobiłam? Teraz będę pluć sobie w brodę do momentu aż nie dostanę się na wymarzony kierunek.

Próbuję tłumaczyć to sobie jakoś. Że tak widocznie musiało być. Że może to jakiś boski plan na moje życie. Że może dobrze się stało, to będzie moja mała klęska, z której się podniosę, dam radę przez to przejść, stanę się silniejsza. Postaram się bardziej, mocniej, więcej i uda mi się. Będę walczyć tak mocno aż do momentu gdy sama z siebie będę dumna.

Szary i bez tytułu

Jest godzina 11:18. Siedzę przy biurku z całym dzbankiem wody z ogórkiem i cytryną. Całkiem smaczna. Przeglądam swój własny blog. Większości wpisów prawie nie poznaję, mam wrażenie, że napisał to ktoś inny. Dziwne. Zastanawiam się czy wszyscy blogerzy tak mają.

Jest 12 września 2016. Poniedziałek. Mam na głowie ręcznik i siatkę plastikową, bo moje włosy potrzebują półgodzinnej terapii odżywiającej. I piję wodę ogórkowo-cytrynową.

Ten wpis jest taki sam jak moje ostatnie miesiące życia. O czymś tam mówi, ale nie jest to ani zbyt ciekawe, ani zbyt poruszające, ani wymagające szczególnej uwagi. Szary. Jak ja. Jak moje ostatnie miesiące. Mogłabym aż pokusić się o stwierdzenie, że… Kurde, miałam fajne określenie, ale właśnie go zapomniałam. Trudno.

Chcę coś zmienić. Dzisiaj jest poniedziałek. W poniedziałki wypadałoby zrobić coś motywującego, coś innego, nowego. Wprowadzić jakąś nową zasadę, regułę, której będę się trzymać. Prawda?

Idealnie oddaje mnie

Tak naprawdę to nawet nie wiem jak powinien zaczynać się ten wpis… Przez ostatnie dwa tygodnie czułam zbyt dużo na raz, w zbyt dużym natężeniu, bez chwili wytchnienia, bez ciszy, której potrzebowałam. Płakałam prawie cały czas. Choć uważam, że to dobrze. Łzy oczyszczają.

Teraz widzę, że babcia miała rację, mówiąc, że kiedy coś się sypie to zawsze parami. U mnie są to nawet trójki, piątki, a może i lepiej.

Nie dość, że stanęłam w miejscu to dodatkowo mam przed sobą białą kartkę. Od jutra do końca wszystkiego, nie mam przed sobą nic. Biel. To nie byłoby aż takie złe gdyby nie to, że nie mam nawet małego pomysłu jak ją zapełnić. Nie mam w tym momencie żadnego planu na siebie.

Ten wpis jest cholernie chaotyczny, wiem. I chce mi się z tego śmiać. Bo idealnie oddaje mnie.

To u mnie częste

Niestety, moje chcenie czegoś więcej stoi w miejscu… Ponieważ ja stoję w miejscu.

Prawdopodobnie wina leży w zmęczeniu. Nie fizycznym, z moją kondycją coraz lepiej, tak na marginesie, ale tym bardziej wewnętrznym. Nie mogę wykrzesać z siebie tyle ile bym chciała. Brakuje mi entuzjazmu. To jest u mnie częste ostatnio.

Praca nie okazała się tak cudownie cudowna jak myślałam. Rezygnuję lada moment, inaczej dostanę bzika dzięki mojej szefowej-tyrance-psycholce. Nie potrafię uśmiechać się od ucha do ucha w obecności klientów jeśli ona stoi nade mną i krytykuje nawet za to, że za głośno oddycham. Tak więc od piątku jestem oficjalnie bezrobotna. 

Gorsze jest to, że cieszę się na samą myśl. Mam znowu ten okres kiedy chcę być sama. Ciągle i ciągle. Nie czuję się wtedy źle, tylko lepiej. Nie muszę nic mówić ani się uśmiechać. Nie muszę z nikim przebywać. To najlepszy czas w ciągu dnia, gdy tuż po relaksującym prysznicu oglądam ulubiony serial z kubkiem kawy w ręku, której ciepło dodaje otuchy w takie ulewy.

Coś więcej.

Może to już tylko moje wymysły i może trochę nuda w dni wolne od pracy, ale czasem tak sobie myślę, że chciałabym czegoś więcej.

Dlaczego uważam, że to trochę nie na miejscu? Bo nie powinno mi niczego brakować. Mam chłopaka, znajomych, rodzinę, zaraz idę na studia, a jednak mam wrażenie, że potrzebuję zmiany. Takiej zmiany we mnie, nie w tym wszystkim co mnie otacza.

Najlepsze jest to, że mimo domysłów co to może być za zmiana, mam wrażenie, że podświadomie dobrze to wiem. Wiem o co mi chodzi. To jest najdziwniejsze. No bo skoro się wie, co chce się osiągnąć, to się zazwyczaj to osiąga, prawda?

Dumna z siebie.

Jest dokładnie 12:13. Kawa w kubku, która właśnie się kończy. Stos papierów na biurku. Kilka długopisów porozrzucanych po blacie. Kalendarz, po którym widać, że przeżył zbyt dużo jak na zwykły kalendarz. 23 maja 2016 roku.

Ostatnio zrobiłam się sentymentalna. Lubię wspominać i podsumowywać. A może to nie jest dobre słowo na określenie tego wszystkiego. Jestem dumna z siebie, to na pewno. Tak, ludzie, właśnie to napisałam, dziwne nie?

Zdałam egzaminy na prawo jazdy i teraz popylam sobie po mieście niczym Kubica. Co prawda, trochę mi to zajęło, ale się udało. Przynajmniej się tego podjęłam, w przeciwieństwie do mojego chłopaka. 1:0 dla mnie.

Skończyłam rok szkolny z całkiem ładną średnią. Uważam, że jak na totalne nic-nie-robienie to mogę pochwalić się świadectwem bez poczucia wstydu i piekących policzków. Co więcej, zdałam maturę, która nie okazała się tak okropna jak wszyscy mówią. Czekam na wyniki, bez stresu.

Dostałam pracę. Cieszę się z niej jak cholera. To będzie moja pierwsza praca, którą załatwiłam sobie sama. O którą sama powalczyłam. Wyszukałam, poszłam na rozmowę i się dostałam. Nawet spisałam sobie już listę rzeczy, które muszę kupić za pierwszą wypłatę. ;)

Jest dobrze. Nie jakoś super, bosko, odlotowo, ale dobrze. Pewnie, że mogłoby być lepiej: mój ojciec mógłby nie być dupkiem (chociaż to chyba niemożliwe), moja mama mogłaby się nami bardziej interesować, moja siostra mogłaby nie być taką zołzą, mogłabym już mieszkać z chłopakiem i w ogóle takie różne inne rzeczy… Ale bez tego też żyje mi się całkiem nieźle.

2 x P, czyli pozytywne podsumowanie

Jestem pewna, że ktoś kto tu zagląda i czyta te wypociny myśli sobie coś w stylu: o matko kochana moja, ta dziewczyna nic innego nie robi tylko marudzi i narzeka, a w ogóle to jej życie to jakiś kiepski żart…

Tak więc nadszedł czas na sprostowanie. Ogarnęłam trochę poprzednie wpisy i wyszło na to, że baaaardzo przesadzam. To pewnie tylko chwilowa zmiana nastroju, a jutro znowu mi się odwidzi i będzie jak zawsze… Więc dziś będzie pozytywnie.

Naprawdę nie mam takiego złego życia jakby się mogło wydawać na pierwszy rzut oka. Kończę szkołę. Owszem, nie mam najlepszych ocen w tym roku. Opuściłam się bardzo w nauce ze względów zdrowotnych, ale też z lenistwa. Wyniki z matur też pewnie nie będą powalające, ale wystarczą mi by dostać się na obrany kierunek studiów.

Mimo rozwodu rodziców i tego, że mój ojciec nie ma zamiaru utrzymywać kontaktu ze swoimi dziećmi to jest mi teraz po prostu lepiej. Mam wspaniałego chłopaka, z którym jestem cholernie szczęśliwa. Dogaduję się z siostrą, nawet nie kłócimy się już tak bardzo. Moja mama to najodważniejsza, najcudowniejsza, najukochańsza kobieta na świecie, która przeszła zbyt wiele, ale odnalazła szczęście. Nawet przeżywa teraz drugą młodość, inwestuje w siebie. Zakochała się ponownie, a jej facet jest świetny. Chodzi na siłownię, lekcję tańca, mecze koszykówki, była w Grecji. Lubię patrzeć jak odżyła po toksycznym związku z moim ojcem. Mam też najlepszych dziadków pod słońcem, o których każda wnuczka i wnuczek mogą pomarzyć.

Mam dużo zainteresowań. Lubię kiedy ciągle się coś dzieje. Ale nie pogardzę wieczorem przed telewizorem. Też zaczęłam inwestować w siebie, jak moja mama. Lepiej się odżywiam, dbam o siebie, chodzę na siłownię, spotykam się ze znajomymi, odnawiam kontakty. Zrobiłam nawet listę książek, które chcę przeczytać podczas najdłuższych wakacji życia. Mnóstwo zaległych filmów też czeka by je obejrzeć. 

Pójdę do pracy tuż po maturze. Nie chcę przeleżeć 5 miesięcy w łóżku (chociaż może…). Poza tym nie mogę być tylko i wyłącznie na utrzymaniu dość małej pensji mojej mamy. Chcę jej pomóc, w jakiś sposób, a postaranie się o wyeliminowanie chociaż jakiejś części kosztów swojego utrzymania jest dobrym pomysłem. 

Tak więc, w podsumowaniu, jak widzicie, naprawdę nie jest najgorzej. Serio. Trzymam się dzisiaj zaskakująco dobrze. Uśmiecham się, jestem wyspana, idę do szkoły dopiero na 12:00. Potem siłownia, trochę arkuszy maturalnych. Jest dobrze. 

Chcę mieć to za sobą.

Mam już naprawdę dość.

Dni uciekają mi przez palce, nawet nie wiem kiedy. Do matury coraz bliżej, a mam wrażenie, że umiem coraz mniej. Bardzo się boję. Że nie napiszę, że nie zdam, że nie będę wiedziała, że nie dam rady.

Najgorsze jest to, że nie czuję się na siłach żeby w ogóle tam iść. Wczoraj nawet nie poszłam do szkoły. Jeśli nie jestem w stanie iść do szkoły, to co dopiero napisać najważniejszy egzamin życia.

Nie mam motywacji. A problem tkwi w tym, że jestem zbyt ambitna i wiem na sto procent, że moje maturalne oceny nie będą mnie zadowalać. Nie poczuję dreszczyku satysfakcji.

Do tego dochodzi stres. W pewnych momentach jestem tak spanikowana, że mam ochotę rzucić się pod autobus byleby nie musieć tego zdawać. W innych, trochę mniej desperackich, nie obchodzi mnie czy zdam czy nie i z jakim wynikiem, tylko chcę mieć to za sobą.

Mam ostatnie dwa tygodnie żeby jeszcze czegoś się douczyć, coś powtórzyć, poćwiczyć. A zamiast tego, uciekam w jego ciepłe ramiona, bo tylko w nich jest mi dobrze i nie trzęsę się ze strachu.

23 dni

Dni lecą mi obrzydliwie szybko.

Odliczanie rozpoczęte. Z ogólnych obliczeń wychodzi na to, że zostały mi 23 dni do matury. Czyli 552 godzin, z których średnio 138 prześpię… Więc na naukę mam już tylko 414 godzin…  A to natomiast wynosi trochę ponad 17 dni… To okropnie mało, a tak dużo jeszcze do powtórzenia… Zaczynam już mocno odczuwać nóż na gardle. Boję się tego momentu, gdy siedzę już na sali z czarnym długopisem w ręku, patrzę w arkusz i nie mam pojęcia co napisać w odpowiedzi… Nie znoszę myśli, że mogą zdarzyć się pytania o rzeczy, które zobaczę pierwszy raz w życiu. A przyglądając się naszym lekcjom biologii to właśnie tak może być. Wszystko może się zdarzyć.

Ciągle odczuwam ogromny brak kawy i zmęczenie. Piasek w oczach. Chciałabym żeby to się już skończyło.

Definitywnie kawa.

Klasa maturalna to jeden z najcięższych okresów, definitywnie.

Wstać. Kawa. Wyjść. Uczyć się. Kawa. Wrócić. Kawa. Uczyć się. Jeść. Kawa. Spać. I od nowa. Ciągle i ciągle.

Nie byłam w stanie robić nic innego, nic co sprawiałoby mi prawdziwą (taką naprawdę realną i prawdziwą) przyjemność. Fakt faktem, w weekendy znalazłam trochę czasu, by odłożyć repetytorium od biologii, ale zmęczenie brało górę…

Więc w sobotę o godzinie 21:28 leżę na kanapie i śpię, nieświadoma, że film, który chciałam obejrzeć właśnie się zaczął… Serio, nie mogę obejrzeć żadnego filmu od początku do końca.

Wiem, może trochę narzekam, ale z drugiej strony to ostatnio byłam naprawdę dzielna i nie miałam czasu na jakiekolwiek narzekanie, czy nawet myślenie o narzekaniu… Więc trochę muszę.

Czy działo się co nowego? Zapisałam się do pierwszej w życiu biblioteki. W końcu zdałam prawo jazdy. Biegam codziennie z psem po lesie, żeby uciec od tkanek roślinnych, komórek zwierzęcych i replikacji DNA. Słucham więcej muzyki, kiedy tylko mogę. Obwiesiłam tablicę korkową zdjęciami, cytatami i drobnymi pamiątkami, więc to dzieło jest już skończone. Nie przeczytałam od września ani jednej książki, która nie byłaby lekturą… W ramach kary, powinnam spędzić tydzień w mojej ciemnej i przerażającej piwnicy, której nienawidzę.

To był trudny czas. Wypełniony po brzegi czymś do zrobienia. Od dłuższego czasu chciałam tu wejść… Haha, pewnie zawsze to mówię… Tęsknię za pisaniem tutaj, często podświadomie, ale tak jest. To uzależnia i wciąga. Moje prywatne dragi we wpisach.